
DJ-ka Yung Lucy coraz mocniej zaznacza swą obecność na polskiej scenie. Zagrała na tak dużych imprezach jak polska edycja Teletech czy EXIST Showcase. Zaprosiliśmy ją do wywiadu, by pogadać o fascynacji hardcore’em, własnym cyklu Ketwalk czy graniu z hamburskim kolektywem. Łucja Janukowicz opowiada też o totalnym zatracaniu się w muzyce i skupianiu się na niej jako najważniejszym aspekcie. Na wywiady tak pełne emocji czekaliście, zapraszamy do lektury!
Artur Wojtczak: Jesteś na scenie jako dj-ka już ponad 5 lat. A jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką elektroniczną? Jakie utwory czy gatunki przykuły twoją uwagę?
Yung Lucy: Moja przygoda z muzyką elektroniczną jako DJ-ka zaczęła się od groove'u, ale od samego początku lubiłam odkrywać różne gatunki. Z czasem zaczęłam coraz bardziej zagłębiać się w industrial, schranz i inne mocniejsze brzmienia. Chociaż większość osób kojarzy mnie głównie z hard techno, moja selekcja zawsze była bardzo różnorodna. Najbardziej rezonował ze mną jednak industrial i industrial hardcore. Myślę, że to właśnie dlatego tak naturalnie ciągnie mnie coraz bardziej do szybszej muzyki. To w tych brzmieniach czuję największą wolność i mogę najlepiej wyrazić siebie.
Co spowodowało, że podjęłaś decyzję, że chcesz spróbować swoich sił za deckami?
Yung Lucy: To wszystko zaczęło się trochę przypadkiem. Kiedy po maturze wyjechałam do Anglii, gdzieś w internecie wyświetliła mi się VTSS – DJ-ka z Warszawy. Bardzo mnie wtedy zainspirowała i pomyślałam: „kurczę, może ja też powinnam spróbować?”. Zawsze miałam poczucie, że mam dobrą selekcję muzyczną i potrafię wyłapać rzeczy, które ze mną rezonują. Po powrocie do Polski kupiłam konsolę i później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Chciałam nie tylko słuchać muzyki, którą grają inni, ale tworzyć własne sety i opowiadać swoją historię przez muzykę.
Mój debiut miał miejsce w 2021 roku. Pamiętam, że nogi trzęsły mi się ze stresu, ale jednocześnie wtedy pierwszy raz poczułam, że to jest to co chcę robić. Całe życie szukałam przestrzeni, w której poczuję się jak u siebie, a za deckami od razu wiedziałam, że to jest to.
Przez prawie rok działałaś w dj-skim kolektywie z Hamburga - jaką nosił nazwę i jaką muzykę graliście?
Yung Lucy: Kolektyw nazywał się Saltarus. To był dla mnie bardzo ważny etap, bo właśnie tam mocno rozwinęłam skrzydła. Nasze sety były bardzo różnorodne, bo ja zawsze gram spontanicznie i dużo zależy też od eventu. Chłopcy z kolektywu grali głównie bounce, industrial, hard techno i groove, a ja właśnie tam zaczęłam jeszcze bardziej rozwijać się w stronę hardcore'u. Wyjazdy do Hamburga dały mi ogromną motywację i energię do dalszego działania. Znalazłam tam swoich słuchaczy i do dziś bardzo doceniam to, jak mnie tam witają. To jest naprawdę wyjątkowe uczucie.
Czy widzisz jakieś różnice pomiędzy polską a niemiecką publicznością?
Yung Lucy: Za każdym razem, kiedy jestem w Niemczech, mam wrażenie, że tamtejsza publiczność jest bardziej zjednoczona. Bije od nich dużo wolności i szczerej energii. Mam też poczucie, że ludzie często przychodzą tam przede wszystkim dla muzyki i samego doświadczenia, a nie tylko po to, żeby pojawić się na wydarzeniu. Mój czas w Hamburgu był niesamowity i bardzo mnie ukształtował – zarówno jako DJ-kę, jak i jako człowieka.
Powiedziałaś ładnie, że “gdy B.P.M. rośnie, czujesz się jak w domu” - co wg ciebie jest fajnego w gatunkach o szybszym tempie? I skąd wg ciebie trend, że muzyka taneczna znacznie przyspieszyła i bardzo popularne jest hard techno, schranz czy hardcore?
Yung Lucy: Czuję się jak w domu wtedy, kiedy mogę być w pełni sobą. Wiele razy słyszałam, że nie powinnam grać hardcore'u czy tak szybkich rzeczy, ale właśnie to ze mną najbardziej rezonuje.
Nie zamykam się w jednym gatunku. Jestem elastyczna muzycznie i lubię łączyć różne style, ale to właśnie szybkie tempo zawsze najmocniej do mnie trafiało. Mam wrażenie, że przez taką muzykę potrafię wyrazić więcej emocji niż słowami.
Jeśli chodzi o popularność tych gatunków, myślę, że to po prostu odpowiedź na czasy, w których żyjemy. Wszystko stało się szybsze, bardziej intensywne i przebodźcowane, a muzyka w pewnym sensie to odzwierciedla. Ludzie chcą czasami wejść do klubu i na kilka godzin totalnie się odciąć. Hard techno, schranz czy hardcore dają ogromną dawkę emocji i pozwalają uwolnić tę energię.
Twój projekt Ketwalk to - jak sama z dumą opisujesz - jest inspirowany ścieżkami przodków, alchemią i świadomością. Brzmi to nadzwyczaj intrygująco. Zdradź nam więcej szczegółów i inspiracji stojących za tym przedsięwzięciem.
Yung Lucy: Ketwalk jest dla mnie czymś znacznie większym niż tylko kolejnym projektem muzycznym. To nie jest kolektyw - to seria eventów, które tworzę z konkretną intencją.
Chciałam stworzyć miejsce, które ma swoją symbolikę, historię i trochę bardziej mistyczny charakter. Interesują mnie ścieżki naszych przodków, alchemia, transformacja i świadomość. Moją intencją jest to, żeby ludzie czuli się bezpiecznie, żeby mogli zatracić się w muzyce i odkrywać artystów, którzy zasługują na większą uwagę, a niekoniecznie są już największymi nazwiskami.
Poza pierwszą edycją każdy kolejny event będzie nagrywany z dwóch kamer i publikowany na youtube Ketwalka. Nie chcę robić wokół tego wielkiego szumu. Nie każdy musi wiedzieć o Ketwalku. Mam takie podejście, że kto ma trafić, ten trafi. A jeśli już wiesz, czym jest Ketwalk, to przekaż to dalej jakiejś dobrej duszy.
Ścieżki przodków są dla mnie ważne, bo poznanie ich historii pomaga lepiej zrozumieć siebie. Uczy nas tego, że wszystko przemija, a często najmocniej pamiętamy nie konkretne wydarzenia, tylko energię, którą wtedy czuliśmy.
Na moich eventach zawsze można mnie spotkać na parkiecie. Staram się układać line-up’y tak, żeby nawet jeśli są różnorodne, to tworzyły jedną spójną historię.
Dla mnie muzyka to forma transformacji. Wchodzisz na imprezę w jednym stanie, a po kilku godzinach możesz wyjść z niej z zupełnie inną energią. Chcę, żeby ludzie rozpoznawali Ketwalk nie tylko po line-upie, ale przede wszystkim po emocjach, które ze sobą niesie.
Zostałaś już niewątpliwie doceniona grając na imprezach promotora EXIST - jak ci się grało, jak czułaś się grając wśród dużych nazwisk sceny międzynarodowej?
Yung Lucy: Przede wszystkim czułam ogromną ekscytację, ale również niewyobrażalny stres. Za pierwszym razem nerwy dosłownie mnie zjadły. Praktycznie przez cały set walczyłam z atakiem paniki. Za drugim razem czułam się już zdecydowanie swobodniej, chociaż stres nadal mi towarzyszył.
Granie dla EXIST dało mi wiele momentów, w których naprawdę poczułam wymianę energii z ludźmi. Tym bardziej, że widziałam w tłumie wiele osób, które przyszły specjalnie dla mnie. Jestem naprawdę wdzięczna za to zaufanie i szansę. Miałam w życiu wiele trudnych momentów kiedy wydawało mi się, że to już koniec, wtedy pojawił się EXIST i dał mi nadzieję, że wszystko może wyglądać inaczej. Energia na tych dwóch wydarzeń była absolutnie kosmiczna. Teletech dosłownie wywalił mnie z butów! Poczułam taką adrenalinę, że wtedy ostatecznie upewniłam się, że to jest moje miejsce. Za drugim razem wyszłam za decki z większą pewnością siebie i z intencją zagrania mocniejszego seta niż wcześniej.
Przez długi czas słyszałam, co powinnam grać, jak powinnam grać albo że ludzie zapraszają mnie tylko dlatego, że jestem ładna. Tym setem chciałam pokazać, że za tym stoi znacznie więcej - praca, emocje i własna wizja.
Przy okazji zapytam: jacy artyści są dla ciebie obecnie inspiracją i marzeniem o zagraniu z nimi b2b?
Yung Lucy: Przez to, że słucham i gram bardzo różnych gatunków, ciężko jest mi wskazać jedną czy dwie osoby. Mam naprawdę dużo inspiracji. Na pewno Flucc z Berlina – jego muzyka bardzo mocno ze mną rezonuje. Uwielbiam też energię, którą tworzy Rikhter. To są artyści, którzy zawsze będą mnie inspirować.
Nigdy nie miałam takiego marzenia, żeby koniecznie zagrać z kimś b2b. Jeśli miałabym wskazać jedną osobę, to byłby to Yung Lean, chociaż to zupełnie inny świat muzyczny. To właśnie od jego muzyki w pewnym sensie wszystko się u mnie zaczęło. Zmotywował mnie do robienia czegoś po swojemu, nie bawienia się w schematy i szukania własnej drogi. Jego muzyka w bardzo trudnym momencie mojego życia dała mi dużo siły i do dziś jest jednym z artystów, których najbardziej cenię.
Twój następny rozdział to niewątpliwie własne produkcje. Co skłoniło cię do skupienia się na nagrywaniu własnych tracków?
Yung Lucy: Wiedziałam, że samo granie to dla mnie dopiero początek. Jeśli chcę się rozwijać i zostawić po sobie coś więcej, to własne produkcje są po prostu kolejnym krokiem. Nie ukrywam, że przez długi czas miałam dość toksyczną relację z Abletonem. Im bardziej ktoś nakładał na mnie presję, tym mniej mi to wychodziło. Dopiero kiedy zrobiłam krok w tył i oczyściłam głowę, zaczęłam siadać do produkcji z przyjemnością, a nie z poczuciem, że muszę coś udowodnić.
Mam już dwa własne tracki. Pierwszy zagrałam podczas EXIST Showcase, a później wrzuciłam go na SoundCloud. W sierpniu wychodzi kolejny już na Spotify, z czego bardzo się cieszę, bo czuję, że w końcu mi się udaje.
Najbardziej cieszy mnie to, że to w 100% moje produkcje. Nie mam ghost producenta! (śmiech). Każdy dźwięk, każda godzina spędzona w programie, każda emocja - to wszystko jest moje.
Usłyszałam kiedyś, że nie powinnam produkować takiej muzyki, jaką bym chciała. Tylko że ja właśnie chcę robić to po swojemu. Nie interesuje mnie wpisywanie się w schematy. Gdybym zaczęła robić muzykę pod czyjeś oczekiwania, prawdopodobnie w ogóle niczego bym nie wydała.
Każdy mój track ma dla mnie osobiste znaczenie. To nie są tylko dźwięki - to emocje, wspomnienia i fragmenty mnie. Dlatego chcę, żeby każdy kolejny numer był prawdziwy, a nie tylko poprawny.
Jesteś przedstawicielką młodego pokolenia: co dla ciebie i twoich przyjaciół jest ważne w clubbingu? Muzyka, soundsystem, safe spaces czy community?
Yung Lucy: Wszystko jest dla mnie ważne. Możesz mieć najlepszy line-up i świetny soundsystem, ale jeśli ludzie nie czują się bezpiecznie albo nie ma dobrej energii, to czegoś zawsze będzie brakować.
Dla mnie od zawsze najważniejsza była muzyka. Potrafiłam wychodzić z imprez cała mokra, bo przez kilka godzin po prostu tańczyłam i totalnie się w tym zatracałam.
Odkąd sama gram, trochę inaczej patrzę na clubbing. Większość wyjść to dla mnie “praca”, ale nadal zdarza mi się zostać dla czyjegoś seta, jeśli wiem, że naprawdę warto go usłyszeć. Mam jednak wrażenie, że dzisiaj wiele osób chodzi na imprezy po to, żeby się pokazać albo wrzucić relację, a nie po to, żeby przeżyć muzykę. Trochę się w tym wszyscy pogubiliśmy.
Chciałabym, żebyśmy znowu bardziej skupiali się na tym, co jest najważniejsze - na muzyce, energii, szacunku do siebie nawzajem i poczuciu, że tworzymy jedną społeczność.
Jakie są marzenia Yung Lucy na kolejne 5 lat?
Yung Lucy: Jakiś czas temu podczas jednego z wywiadów ktoś zapytał mnie, gdzie widzę siebie za trzy lata. Bez zastanowienia odpowiedziałam: rezydentka Teletech!. Później usłyszałam, że byłam pierwszą osobą, która tak szybko i pewnie odpowiedziała na to pytanie. Za marzenia nikt nie karze, więc pozwalam sobie na duże marzenia! Chciałabym kiedyś zagrać na festiwalach takich jak Defqon.1 i innych dużych wydarzeniach związanych z hardcore'em. Jeszcze bardziej zależy mi na tym, żeby po drodze nie zgubić siebie. Żebym miała siłę, spokój i świadomość, żeby naprawdę cieszyć się tym, co się dzieje.
Chcę się cały czas rozwijać, robić muzykę po swojemu i tworzyć rzeczy, z którymi ludzie będą się identyfikować. A jeśli za pięć lat będę mogła powiedzieć, że jestem spełniona i nadal kocham to tak samo jak dzisiaj, to będzie dla mnie największy sukces.
Chciałam, żeby ten wywiad był po prostu szczery. Mam nadzieję, że dzięki niemu poznaliście mnie trochę lepiej. Do zobaczenia pod sceną lub za deckami!

.jpg)